środa, 5 sierpnia 2009

A jeżeli...

W taki deszczowo-ponury dzień jak dzisiaj, nie ma nic lepszego niż odświeżenie sobie, zagubionej w zakamarkach pamięci, klasyki. I dobrze że bywają takie dni, bo "Jeżeli..." Lindsaya Andersona zasługiwało na to, żeby je odnaleźć.
Nawet nie pamiętałam jaki to świetny film. Cała zabawa polega na tym, żeby nie uwierzyć w jego pozornie racjonalną logikę. Najpierw sprawia wrażenie realistycznej historii z życia rygorystycznej brytyjskiej szkoły z internatem, żeby stopniowo zacząć się przeradzać w subiektywną, surrealistyczną wizję skrzywionej rzeczywistości. Młody i gniewny niczym sam reżyser główny bohater, Mick Travis nie może pogodzić sie z opresyjnymi metodami wychowawczymi i hierarchiczną strukturą szacownego liceum, do którego uczęszcza. Narastająca w nim agresja musi w pewnym momencie znaleźć swoje ujście.
Buntowniczy temat podany został w buntowniczej formie: film jest szeregiem luźno powiązanych ze sobą epizodów, obraz co jakiś czas zmienia się z kolorowego na czarno-biały (ale bez jakiejś szczególnej motywacji fabularnej), w warstwę "realistyczną" zręcznie wplecione są subiektywne wyobrażenia bohatera (np. świetna scena spotkania z dziewczyną-tygrysicą w barze). No i oczywiście hit sezonu, czyli leżący w gabinecie dyrektora, w górnej szufladzie komody, ksiądz, którego chłopcy muszą przeprosić za złe zachowanie. Tak więc miejscami bunuelowskie klimaty, lecz zakończenie w stylu Gusa Van Santa.
Szczegółową analizę wszystkich obecnych tu motywów i odwołań intertekstualnych przeprowadził Konrad Klejsa w jednym z rodziałów swojej książki Filmowe oblicza kontestacji. Ale nawet bez ich znajomości If... robi mocne wrażenie. Ten film posiada jakąś niesamowitą wewnętrzną siłę, dzięki której jesteśmy przeświadczni o nieuchronności zbliżającej się rewolucji. Zmarszczone czoło Malcolma McDowella kryje w sobie czystą ideę buntu. Świat w którym żyje nie jest w stanie zaproponować mu żadnych wartości, więc zasługuje na całkowitą destrukcję. Co jednak nastąpi po Armageddonie? Takiego pytania bohater sobie już nie zadaje... Może dlatego film nie podobał się współczesnym mu buntownikom pokolenia '68, którzy nie chcieli przyznać, że w kontestacji dla kontestacji kryje się pułapka. Totalna negacja jest przecież aktem desperacji, a nie odwagi. Ciekawe co zrobił Mick Travis jak już zszedł z dachu?

Jeżeli... (If...) 1968
reż. Lindsay Anderson
wyst. Malcolm McDowell

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz