poniedziałek, 24 sierpnia 2009

maska Generała

Tygodniowa przerwa w projekcjach spowodowana była wyższą koniecznością rozpoczęcia przygotowań do zbliżającej się sesji, podczas której czeka mnie wątpliwa przyjemność wykazania się wysokim stopniem znajomości włoskiego i francuskiego. O proszę, tak dużo tłumaczę obecnie tekstów specjalistycznych, że nawet nie umiem ułożyć jednego zdania, które nie byłoby podrzędnie złożone. Tymczasem dzisiaj postanowiłam odetchnąć nieco od kodeksów cywilnych i concordance du temps, oglądając film, do którego przymierzałam się od dłuższego czasu - Generała della Rovere, późnego - i w sumie ostatniego ważnego- dzieła Roberto Rosselliniego, ze świetną tytułową kreacją De Siki.
Niestety, jest to dzieło nierówne, rozpadające się na dwie części i tracące z czasem początkowe tempo. Rossellini wykorzystał w nim fragmenty dokumentów z II wojny światowej, lecz zdecydowana wiekszość zdjęć rozgrywa się we wnętrzach. Paradoks historii chciał, że, podczas gdy w tym samym czasie na paryskiej ulicy pojawili się słynni panowie z kamerami, to we Włoszech ojcowie neorealizmu zamykali się w studio...
Jednak pomimo pewnych mankamentów formalnych, film jest zdecydowanie godny polecenia. Przede wszystkim ze względu na Vittorio, którego obecność nadaje masę dodatkowych, wykraczających poza diegezę filmu, znaczeń. Jego Generał Della Rovere jest wielopłaszczyznowym tworem, szczelnie ukrywającym swoją tożsamość. Tym samym punkt ciężkości filmu przesuwa się z typowych neorealistycznych zagadnień (ruch oporu, okupacja nazistowska) w obszary modernistycznej problematyki gry masek, mieszania się fikcji z rzeczywistością, patosu z tragizmem. Mamy też oczywiście ulubioną tematykę Rosseliniego, czyli karę, winę, pokutę i odkupienie, ale nie ona jest tu najciekawsza.
Pierwowzór postaci Giovanniego Bertone alias Generał Giovanni Bracciaforte Della Rovere istniał naprawdę. Dezerter z oddziału kawalerii, nałogowy hazardzista, bigamista i oszust, którego źródło utrzymania polegało na przekazywaniu rodzinom aresztowanych przez nazistów więźniów mniej lub bardziej rzetelnych informacji. Zdemaskowany przez Niemców, zgodził się pójść na współpracę, polegającą na udawaniu legendarnego opozycjonisty, Generała Della Rovere, który w rzeczywistości został przypadkowo zastrzelony, ale naziści pragnęli wykorzystać jego sławę, by skutecznie rozbić ruch oporu na północy Włoch. Bertone, początkowo traktujący to zadanie jako kolejną maskaradę, z czasem zaczął utożsamiać się z nieżyjącym generałem i postanowił zagrać tę rolę swojego życia, aż do końca...
Jego historię opisał w jednym ze swoich reportaży Indro Montanelli, późniejszy współscenarzysta filmu. Rosselliniego zafascynowała niejednoznaczność postaci Bertone-Rovere, mechanizmy, które popychały go do ciągłego tworzenia fikcyjnej rzeczywistości, dziwne zrządzenia losu, tworzące z łotrów bohaterów, a z bohaterów przypadkowe ofiary.
De Sica również znalazł w Generale Della Rovere rolę swojego życia. Tajemnicą poliszynela w Cineccita był fakt, iż sam oddawał się zawzięcie hazardowi (ponoć potrafił uciekać z planu samolotem w nocy do Monte Carlo, by wrócić do pracy nazajutrz ranem - co rzecz jasna kosztowało go fortunę i wciąż tonął w długach) oraz żył z dwiema kobietami - oficjalną żoną i wieloletnią kochanką Marią Mercader.
Był ponadto znakomitym aktorem, który rozmieniał swój talent na drobne, biorąc udział w rozmaitych miernych produkcjach, wybitnym reżyserem, kręcącym błahostki na zlecenie Pontiego. Był czarującym, uwodzicielskim artystą, który pod koniec życia z goryczą wypowiadał się na temat swojej kariery. Włosi kochali Vittorio, bo był tak samo ułomny, jak każdy z nich, a jednocześnie wspiął się na szczyty kariery, o której potajemnie każdy z nich marzył.
Śmieszno-tragiczna postać Generała przypomina bohaterów dramatów Pirandella, którym fikcja służyła za parwan przed absurdalną rzeczywistośią, a gra pozorów wydawała się jedynym możliwym rozwiązaniem.
Kim tak naprawdę był Vittorio De Sica? To oczywiście źle sformułowane pytanie. Powinno ono brzmieć: którą ze swoich masek nosił najchętniej?

Generał Della Rovere (Il Generale Della Rovere) 1959
reż Roberto Rossellini
wyst. Vittorio De Sica, Sandra Milo, Hannes Messmer

niedziela, 16 sierpnia 2009

memento mori

Oto epitafia kamedułów pochowanych w katakumbach pod prezbiterium kościoła na Bielanach. Zmarłych zakonników kładzie się w niszach znajdujących się za tą ścianą, by po stu latach przenieść ich kości do wspólnego grobu w innej części kościoła i zrobić miejsca na następne zwłoki. I tak od początku XVII wieku do dzisiaj kultuwuje się tę uroczą tradycję.
W ogóle kameduli to, jak przystało na eremitów, wyjątkowo przywiązany do tradycji zakon. Codzienne życie na Bielanach niewiele różni się od tego przed wiekami. Tak jak kiedyś, rozpoczynają dzień o 3:30 w nocy, siedem razy na dobę zbierają się na wspólne modlitwy, w międzyczasie modlą się w samotności, kontemplują, uprawiają ogród dookoła klasztoru i tym podobne rzeczy - wszystko w milczeniu. W eremie nie ma radia, tv, komputera, jest zakaz odwiedzin ze strony rodziny, a kobiety mają wstęp na ten teren tylko 12 razy do roku - właśnie między innymi wczoraj, piętnastego sierpnia, w święto Matki Boskiej Zielnej, kiedy to również na warszawskim Bemowie odbył się koncert czcicielki szatana - Madonny.
A teraz zagadka, a w zasadzie dwie:
1. Kto jest najsłynniejszym polskim filmowym kamedułą?
2. Jaki inny zakon ma podobną regułę i w jakim filmie możemy go lepiej poznać?
Podpowiedzi:
http://www.youtube.com/watch?v=CagqwlspMRA&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=tZMayZ0xNTY

czwartek, 13 sierpnia 2009

A jednak De Sica...



No i nadszedł najwyższy moment, w którym wypadało się zabrać na poważnie do wakacyjnego zadania zbadania twórczości mojego ukochanego włoskiego reżysera, czyli Vittorio de Siki. I żeby było jasne - to uwielbienie nie jest ani ślepe ani bezgraniczne. Zdaję sobie sprawę z masy złych filmów, które w swoim życiu ten namiętny hazardzista popełnił. Ale mu je wielkodusznie wybaczam, bo nikt lepiej od niego nie uosabia włoskiego kina, jego najgorszych wad i najlepszych zalet. A oto młodziutki Vittorio jako amant z 1932 roku w swoim pierwszym wielkim hicie Mężczyźni, cóż za łajdacy (reż. Mario Camerini), tańczący i śpiewający piosenkę, która okazała się przebojem Parlami d'amore, Mariu: http://www.youtube.com/watch?v=Cmbj9dghLo4&feature=related


Kiedy jako aktor uzyskał status gwiazdy, postanowił zabrać się za reżyserię. Początkowo niewiele zapowiadało, iż będziemy mieć do czynienia z przyszłym twórcą Złodziei rowerów. Wczesne filmy De Siki to pełne przebieranek i humoru sytuacyjnego komedie pomyłek. Bardzo zręcznie napisane, wirtuozersko zagrane, po prostu śmieszne. Przypominają screwball czy sophisticated comedy najlepszego gatunku. No ale dla fanów prawdy ekranu, autentyzmu tu jak na lekarstwo. To co uderza od samego początku, to fascynacja Vittoria okresem dojrzewania, zderzania się dzieci i młodych ludzi z życiem, rodzeniem się kobiecości. W Magdalenie, dwója ze sprawowania tworzy postać rezolutnej licealistki, świadomej czego chce i konsekwentnie dążącej do celu. Teresa Venerdi to z kolei piękna sierota (stąd nazwisko Teresa Piątek - od dnia znalezienia się jej w domu dziecka), która odmienia życie pediatry-dekadenta, granego z dezynwolturą przez samego Vittorio. W tym ostatnim filmie uroczą wprost rolę drugoplanową kapryśnej gwiazdy rewiowej odtwarza przyszła Mamma Roma, skądinąd koleżanka z trudnych lat młodości reżysera, gdy razem zaczynali karierę w neapolitańskich teatrach varieté. Gag żwawo gna za gagiem, choć kamera niemal w ogóle nie wychodzi w plener. No i jak na rok 1940 to zaskakująco tu wiele beztroski i optymizmu, ale w takie rejony chroniło się włoskie kino przed propagandą faszystowską. Warto też dla ciekawości policzyć ile razy bohaterowie używają bardzo popularnego w ówczesnej kinematografii gadżetu, czyli telefonu… Raz nawet, w istocie, ma biały kolor.


Dwa późniejsze filmy: Garybaldczyk w klasztorze i Dzieci na nas patrzą mają już nieco inny charakter. Artystycznie niezbyt udany (ale za to prywatnie bardzo owocny, zważywszy na to, że na jego planie De Sica poznał swoją przyszłą żonę, Marię Mercader) Garybaldczyk jest dziwacznym melanżem melodramatu, komedii, filmu szkolnego, historii z okresu Risorgimento z elementami westernuJ Zestarzał się znacznie bardziej niż kolejny obraz: Dzieci na nas patrzą, w którym wielu krytyków upatruje pierwszych zwiastunów realistycznego sposobu opowiadania. Pojawia się w nim temat bliski całej późniejszej twórczości De Siki, czyli los dzieci, obserwujących absurdalną rzeczywistość dorosłych. Odważnie poruszony problem rozpadu rodziny, opowiedziany z punktu widzenia małego chłopca, posiada niemały ładunek emocjonalny – znak rozpoznawczy najlepszych dzieł Vittoria. I Bambini ci guardano otwierają szereg jego neorealistycznych arcydzieł. Dla mnie jednak największym dotychczasowym odkryciem pozostają jego wczesne komedie - lekkie, dowcipne, a w dodatku jeszcze z nim samym w roli głównej…..


Magdaleno, dwója ze sprawowania (Maddalena, zero in condotta)1940
reż.
Vittorio De Sica
wyst. Carla Del Poggio, Vittorio De Sica

Teresa Venerdi 1941
reż. Vittorio De Sica
wyst. Adriana Benetti, Vittorio De Sica, Anna Magnani

Garybaldczyk w klasztorze (Un Garibaldino al convento) 1942
reż. Vittorio De Sica
wyst. Carla Del Poggio, Maria Mercader

Dzieci na nas patrzą (I bambini ci guardano) 1944
reż Vittorio De Sica
wyst.
Luciano de Ambrosis, Isa Pola

piątek, 7 sierpnia 2009

Nieznośna lekkość cierpienia


Za mną kolejna rozmowa o pracę, na które chodzę bez większego przekonania, bo każda oferta ma więcej mankamentów niż plusów. Może dlatego oddycham z ulgą, gdy okazuje się, że jednak nie odpowiadam wyobrażeniom przyszłego pracodawcy....

W każdym razie niewątpliwie daleko mi do pozycji zawodowej, którą posiada Pietro Paladini, główny bohater Caos calmo (polski tytuł Spokojny chaos), grany skądinąd przez Nanniego Morettii. Jest on bliżej niesprecyzowaną szychą w międzynarodowej wytwórni filmowej. Na tyle dużą, że gdy po nagłej śmierci żony, zamiast iść do biura, rozsiada się na ławce przed szkołą córki i już się stamtąd nie rusza, to nikt go z tej pracy nie wyrzuca, a co więcej, wszyscy zaczynają do niego pielgrzymować. On tymczasem przygląda się swojemu dotychczasowemu życiu z nowej perpektywy i to, co dostrzega wcale go nie zachwyca. Szarpaniny bossów w firmie, konferencje prasowe brata, znanego producenta dżinsów, festiwale filmowe - wszystko to z dnia na dzień traci na znaczeniu. A wagi nabierają małe codzienne rytuały, córka, która macha do niego z okna szkoły na przerwie, uśmiechy wymieniane z piękną dziewczyną, wyprowadzającą każdego dnia swojego psa. Ile razy widzieliśmy już podobną historię? O zabieganym szefie, który pod wpływem wstrząsu odkrywa smak zwykłego życia. Pewnie niejednokrotnie.

Jednak prostota tego filmu jest tylko pozorna. Chaos i spokój, których główny bohater doświadcza jednocześnie, wprowadzają nas w niemałe zakłopotanie. Czy naprawdę cierpi po śmierci żony, czy tylko cierpi, że nie cierpi? Czy czas spędzony przed szkołą to dla niego okres autorefleksji, czy zwykła obawa przed konfrontacją z przyszłością? Co czuje do pięknej nieznajomej, której ratował życie, dokładnie wtedy, gdy ginęła jego żona?

I topi non avevano nipoti - powtarza córka Paladiniego, zachwycona grą słów, które zachowują to samo brzemienie czytane zarówno od przodu jak i od tyłu. Jednak nawet ona rozumie, że palindromy, istnieją jedynie na papierze. W życiu czas płynie linearnie, nieodwracalnie. Lekkość uniemożliwa nam ferowanie jakichkolwiek wyroków, jak można potępiać coś co przemija?- pisał Milan Kundera. Caos calmo to opowieść o godzeniu się z nieznośną lekkością cierpienia i szukania siły by mimo wszystko wstać z ławki i iść dalej.

środa, 5 sierpnia 2009

A jeżeli...

W taki deszczowo-ponury dzień jak dzisiaj, nie ma nic lepszego niż odświeżenie sobie, zagubionej w zakamarkach pamięci, klasyki. I dobrze że bywają takie dni, bo "Jeżeli..." Lindsaya Andersona zasługiwało na to, żeby je odnaleźć.
Nawet nie pamiętałam jaki to świetny film. Cała zabawa polega na tym, żeby nie uwierzyć w jego pozornie racjonalną logikę. Najpierw sprawia wrażenie realistycznej historii z życia rygorystycznej brytyjskiej szkoły z internatem, żeby stopniowo zacząć się przeradzać w subiektywną, surrealistyczną wizję skrzywionej rzeczywistości. Młody i gniewny niczym sam reżyser główny bohater, Mick Travis nie może pogodzić sie z opresyjnymi metodami wychowawczymi i hierarchiczną strukturą szacownego liceum, do którego uczęszcza. Narastająca w nim agresja musi w pewnym momencie znaleźć swoje ujście.
Buntowniczy temat podany został w buntowniczej formie: film jest szeregiem luźno powiązanych ze sobą epizodów, obraz co jakiś czas zmienia się z kolorowego na czarno-biały (ale bez jakiejś szczególnej motywacji fabularnej), w warstwę "realistyczną" zręcznie wplecione są subiektywne wyobrażenia bohatera (np. świetna scena spotkania z dziewczyną-tygrysicą w barze). No i oczywiście hit sezonu, czyli leżący w gabinecie dyrektora, w górnej szufladzie komody, ksiądz, którego chłopcy muszą przeprosić za złe zachowanie. Tak więc miejscami bunuelowskie klimaty, lecz zakończenie w stylu Gusa Van Santa.
Szczegółową analizę wszystkich obecnych tu motywów i odwołań intertekstualnych przeprowadził Konrad Klejsa w jednym z rodziałów swojej książki Filmowe oblicza kontestacji. Ale nawet bez ich znajomości If... robi mocne wrażenie. Ten film posiada jakąś niesamowitą wewnętrzną siłę, dzięki której jesteśmy przeświadczni o nieuchronności zbliżającej się rewolucji. Zmarszczone czoło Malcolma McDowella kryje w sobie czystą ideę buntu. Świat w którym żyje nie jest w stanie zaproponować mu żadnych wartości, więc zasługuje na całkowitą destrukcję. Co jednak nastąpi po Armageddonie? Takiego pytania bohater sobie już nie zadaje... Może dlatego film nie podobał się współczesnym mu buntownikom pokolenia '68, którzy nie chcieli przyznać, że w kontestacji dla kontestacji kryje się pułapka. Totalna negacja jest przecież aktem desperacji, a nie odwagi. Ciekawe co zrobił Mick Travis jak już zszedł z dachu?

Jeżeli... (If...) 1968
reż. Lindsay Anderson
wyst. Malcolm McDowell