sobota, 26 grudnia 2009

Rewers














Mroczny, perwersyjny, psychodeliczny.
Pierwszy raz w kinie polskim tymi trzema przymiotnikami można określić stalinizm.
Ma on oblicze zabójczo przystojnego ubeka, którego męska, zwierzęca siła opętuje wrażliwą korektorkę, pracującą w wydawnictwie "na odcinku poezja". Jest to oblicze nieco prostackie (wszak, gdyby nie wojna, byłoby raczej ogorzałą twarzą mechanika) i nieco diabelskie zarazem. Zna każdy najdrobniejszy sekret dziewczyny - niczym bułhakowska siła, co wiedziała o dolarach w przewodzie wentylacyjnym Nikanora Iwanowicza Bosego. Doprowadza ją do paranoi. Zresztą, cały świat jest w niej pogrążony. Czarno-białe szaleństwo pochodów i znikających nocą ludzi wydaje się nie mieć końca.
No ale koniec, jak wiemy, nastąpił. Kolorowy wątek postarzałej Agaty Buzek niepotrzebnie zamyka historię w prawdopodobnym, realistycznym tu i teraz. Mimo to, niepokój pozostaje. Zdecydowanie najlepszy polski film 2009 roku.

Rewers
reżyseria: Borys Lankosz
scenariusz: Andrzej Bart
zdjęcia: Marcin Koszałka
muzyka: Włodzimierz Pawlik
grają: Agata Buzek, Krystyna Janda, Anna Polony, Marcin Dorociński, Adam Woronowicz, Bronisław Wrocławski, Łukasz Konopka, Błażej Wójcik, Jerzy Bończak, Jacek Poniedziałek i inni
kraj: Polska
rok: 2009
czas trwania: 88’
premiera w Polsce: 6.11.2009r.
Syrena Films

czwartek, 24 grudnia 2009

Wigilijnie

Co prawda Rio Bravo oraz Burn After Reading nie należą do bożonarodzeniowych hitów, ale u mnie tego roku nieźle się w tej roli sprawdziły.

Jak wiemy Rio Bravo jest odpowiedzią Howarda Hawksa na W samo południe Freda Zinnemanna. Reżysera tak ubodła wizja szeryfa w wykonaniu Gary'ego Coopera (który, jego zdaniem, biegał tylko po całym miasteczku błagając o pomoc), że sam postanowił nakręcić film o tym, jak naprawdę zachowywało się w sytuacjach kryzysowych społeczeństwo Dzikiego Zachodu. Tutejszego szeryfa - Johna T. Chance'a (John Wayne) - nikt nie lekceważy, i to on sam dobiera sobie współpracowników (choć wybór ma dość ograniczony, to prawda). Jego autorytet zostaje wystawiony na próbę, kiedy aresztuje brata wysoko postawionej miejscowej szychy. Od tej pory całe miasteczko - za wyjątkiem kilku prawych towarzyszy- zwraca się i knuje przeciwko niemu, starając się odbić bandziora. Zaczyna się gra z czasem. John Wayne oraz jego pomocnicy: Dude, leczący się z alkoholizmu zastępca szeryfa (Dean Martin), Stumpy, rubaszny acz utykający na jedną nogę staruszek (Walter Brennan) oraz Colorado, nieco beszczelny lecz inteligentny młodzieniec (Ricky Nelson) muszą wytrzymać do czasu przyjazdu szeryfa stanowego. A na dodatek w miateczku pojawia się piękna kobieta, która przyjechała dyliżansem (a takie damy, jak wiadomo, są najniebezpieczniejsze) i nie ma wcale ochoty nim odjechać...

Teraz wykonujemy przeskok w czasie o pięćdziesiąt lat i lądujemy we współczesnych Stanach Zjednoczonych, bezlitośnie wykrzywionych w filmowym zwierciadle braci Coen. Gatunkowo Burn After Reading (Tajne przez poufne) to komedia, ale w rodzaju tych, gdzie śmiech zamiera nam w gardle. Galeria niewyobrażalnych kretynów zaludniająca tę historię jest doprawdy wyjątkowa: sfrustrowany były agent CIA, postanawiający z zemsty na pracodawców opublikować swoje wspomnienia (John Malkovich), jego zimna, aseksualna żona, wnosząca o rozwód, gdy tylko mąż traci pracę (Tilda Swinton), jej kochanek (George Clooney), nałogowy kobieciarz, wielbiciel parkietów i erotycznych zabawek oraz dwójka "najgorszych szantażystów świata" (Brad Pitt oraz Frances McDormand), którzy wchodzą w posiadanie dokumentów Malkovicha i za pieniądze z okupu chcą opłacić operacje plastyczne tej ostatniej. Ciąg absurdalnych problemów, w które się pakują bohaterowie komentują, śledzący ich, agenci CIA, ale nawet oni nie potrafią zrozumieć zależności przyczynowo-skutkowych rozgrywających się na ich oczach wydarzeń. Ostatecznie akta śledztwa lądują w archiwach z adnotacją "Burn After Reading".

Z dwóch bożonarodzeniowych filmów wyłaniają się dwie absolutnie odmienne wizje świata. Twardy, brutalny ale sprawiedliwy mikrokosmos Rio Bravo, gdzie solidarność, przyjaźń czy masa innych niemodnych wartości ostatecznie trimfują, zderza się z do cna zdemoralizowanym Waszyngtonem, w którym królują pogoń za sławą, umiłowanie pieniądza, zdrada i bezduszność. W finale kamera Coenów odlatuje ponad chmury, żeby pokazać ze zdjęć satelitarnych nasz nieszczęsny ziemski glob. Trzeba przyznać, mało to optymistyczna diagnoza, ale godna polecenia nawet w te ciepłe i rodzinne święta. Wszak ujrzeć Clooney'a fachowo dopytującego się kochanek o rodzaj drewna na parkiet - bezcenne.

A jeszcze w bonusie nieśmiertelna "Rio Bravo song"
http://www.youtube.com/watch?v=AAg_mJueEmM

Rio Bravo (1959)
reż. Howard Hawks
wyst. John Wayne, Dean Martin, Angie Dickinson, Walter Brennan, Ricky Nelson

Burn After Reading (2008)
reż. Joel i Ethan Coen
wyst. John Malkovich, Tilda Swinton, George Clooney, Frances McDormand, Brad Pitt

sobota, 19 grudnia 2009

Autorzy kina europejskiego


Nieuchronnie nadciąga Boże Narodzenie... W wolnej chwili pomiędzy kupowaniem, gotowaniem i załatwianiem miliona niepotrzebnych spraw zapraszam do lektury nowego tomu Autorów kina europejskiego. A na dole link do króciutkiej recenzji mojego autorstwa, któa ukazała się niedawno na portalu Splot.

http://splot.art.pl/e-splot/654/piszac-kamera-w-europie

sobota, 5 grudnia 2009

Wyliczanka

Pora zabrać się do roboty po długiej przerwie. Niemal trzy miesiące bez żadnego wpisu, nie oznaczają jednak, że przez cały ten czas (dokłądnie 82 dni) trzymałam się z daleka od X Muzy. W moim sekretnym notatniku pojawiło się w międzyczasie 41 nowych pozycji, co po dokonaniu skomplikowanych obliczeń daje średnią oglądalność jednego filmu na dwa dni. Przyznam się, że sama jestem zaskoczona tą liczbą. Może i nie dorównuje ona standardom niektórych pracowników naukowych filmoznawstwa (por. Rafał Syska - 4 filmy dziennie - jak głosi fama), ale i tak stanowi przyzwoity procent normy.
Przyglądając się z kolei konkretnym tytułom, łatwo można dostrzec pewne tendencje w doborze filmów. Po pierwsze, zdecydowanie dominuje kinematografia włoska (29 pozycji, czyli ok. 70%), i to raczej wczesna niż współczesna (jedynie 3 filmy zrealizowane po 1975). Jeśli już sięgałam w inne rejony, niemal zawsze przenosiłam się za ocean (9 produkcji USA, w tym - co ciekawe- aż 3 w reżyserii Tony'ego Scotta oraz 1 argentyńska), traktując kino polskie z góry i po macoszemu (skromne 2 tytuły). Na dodatek ulubionym miejscem projekcji okazuje się być mój własny pokój, a nośnikiem płytka DVD, podczas gdy salę kinową odwiedzam zdecydowanie za rzadko (jedynie 5 premier od połowy września).
Generalnie wynik jest interesujący i skłania do różnych refleksji. Niewątpliwie powinnam nieco częściej udawać się poza Półwysep Apeniński oraz od czasu do czasu sprawdzać co dzieje się w XXI wieku. Z drugiej strony cóż poradzę na to, że niczym Micol Finzi-Contini, zawsze wolałam przeszłość od le vierge, le vivace et le bel aujourd'hui...

I żeby było jasne - nie czuję w sobie szczególnego powołania do księgowości i podobne wyliczenia przeprowadziłam po raz pierwszy (i pewnie ostatni))w życiu. Zważywszy na liczbę tytułów, które chciałabym skatalogować, ograniczę się do prostej wyliczanki:


PREMIERY KINOWE



Kino interwencyjne o problemie chłopięcej prostytucji na niemieckim pograniczu. Koszmarny stek nieprawdopodobieństw psychologicznych i mielizn scenariuszowych.

Świnki (2009) Polska
reż. Robert Gliński
wyst. Filip Garbacz, Anna Kulej





Młody pisarz z ambicjami, ale bez talentu, w obliczu wyborów, jakie niosła ze sobą rzeczywistość lat '80. Dowód na to, że film o "człowieku bez właściwości" wpada w we własne sidła - bezbarwny bohater potrafi zniszczyć najciekawszą historię.

Mniejsze zło (2009) Polska
reż. Janusz Morgenstern
wyk. Lesław Żurek, Magdalena Cielecka, Wojciech Pszoniak





Oskarżona o morderstwo Julia rodzi w więzieniu dziecko, o które będzie zmuszona walczyć. Brzmi jak tani melodramat, a otrzymujemy kino najwyższej klasy.

Lwica
(2008) Argentyna
reż. Pablo Trapero
wyst. Martina Gusman, Elli Medeiros





Tak, przyznaję, wśród 353 376 widzów, których zgromadził ten film w pierwszy weekend wyświetlania (12. rezultat otwarcia od 1989) byłam również i ja. A na dodatek nieźle się bawiłam:)

2012 (2009) USA
reż. Roland Emmerich
wyst. John Cusack, Woody Harrelson






Zabawna i mądra komedia, rozgrywająca się na zapleczu festiwalu Woodstock. Zdecydowanie na tak.

Zdobyć Woodstock (2009) USA
reż. Ang Lee
wyst. Demetri Martin, Imelda Staunton




KINO AMERYKAŃSKIE



Tego filmu wręcz nie wypada przedstawiać. Meandry związku dwójki najsłynniejszych nowojorskich neurotyków śmieszą nadal z tą samą siłą.

Annie Hall (1977)
reż. Woody Allen
wyst. Woody Allen, Diane Keaton






Profesor Abronsius i jego asystent Alfred w starciu z transylwańskimi wampirami. Kultowa komedia Polańskiego. Królestwo ironii, groteski i swobody.

Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967) USA, Wlk Brytania
reż. Roman Polański
wyst. Jack MacGowran, Roman Polański, Sharon Tate







W hołdzie dla kina noir. Prywatny detektyw zamknięty w kleszczach fantasmagorycznego Chinatown. Wielkie dzieło.

Chinatown (1974) USA
reż. Roman Polański
wyst. Jack Nicholson, Faye Dunaway







Bruce Willis na tropie afery w środowisku futbolistów. Trochę śmiechu, trochę akcji, trochę mrugnięć okiem w kierunku widza. Szczególnie te ostatnie bronią się po latach.

Ostatni skaut (1991)
reż. Tony Scott
wyst. Bruce Willis, Damon Wayans






Nietypowe śledztwo w sprawie zamachu terrorystycznego na promie. Kawał kina sensacyjnego z wątkiem science-fiction i masą efektów specjalnych, w nieznośnie sentymentalnym sosie.

Deja vu (2006)
reż. Tony Scott
wyst. Denzel Washington, Val Kilmer, Paula Patton






A to z kolei dobra robota znanego nam już duetu. Bandyci porywają wagon metra i zaczyna sie wyścig z czasem. Trzyma w napięciu, nie razi zbytnią amerykańską propagandą, tam gdzie chce bawić - zabawne.

Metro strachu (2009)
reż. Tony Scott
wyst. Denzel Washington, John Travolta



Trzy pokolenia nowojorskich policjantów, których moralność wystawiona zostaje na próbę. Banalna psychologia, nieudolność narracyjna i amerykańska flaga łopocząca na wietrze.

W cieniu chwały (2008)
reż. Gavin O'Connor
wyst. Edward Norton, Collin Farrel, John Voight





WSPÓŁCZESNE KINO WŁOSKIE



Piękny, mądry film o trudnych relacjach rodzinnych. Małe radości i duże dramaty, codzienny łańcuch kompromisów, na których budujemy związki.

Anche libero va bene (2006)
reż. Kim Rossi Stuart
wyst. Alessandro Morace, Kim Rossi Stuart, Barbara Bobulova





Kontrowersyjna sylwetka siedmiokrotnego premiera Włoch, Giulio Andreottiego. Brawurowy realizacyjnie, choć ideologicznie jednostronny esej o zakłamaniu władzy. Nagroda jury w Cannes. Koniecznie.

Il Divo / Boski (2008)
reż. Paolo Sorrentino
wyst. Toni Servillo







Giulia jest więźniarką odsiadującą wyrok za morderstwo. Guido pisarzem w poszukiwaniu natchnienia. Ich spotkanie zachodzi gdzieś na pograniczu fantazji i rzeczywistości. Do zadumy.

Giulia non esce la sera (2009)
reż. Giuseppe Piccioni
wyst. Valeria Golino, Valerio Mastandrea




Wystarczy na dzisiaj. Pozostałe 26 filmów to kino faszystowskie z lat '30 oraz prawie cała filmografia De Siki.... Następnym razem powracam do przeszłości.

wtorek, 15 września 2009

Tarantino, Falk i Boldi

Po krótkiej separacji od ekranu filmowego, spowodowanej koniecznością bezgranicznego poświęcenia się językom romańskim (zdałam ostatnie moje językowe egzaminy w życiu!!!), powracam na stanowisko.
W czasie sesji obejrzałam w sumie trzy filmy. Ich dobór był przypadkowy i spełniać miały głównie funkcję rozrywkową, więc nie będę się nad nimi rozwodzić. Co nie oznacza, że na to nie zasługują.
Bękarty wojny - najgoręcej oczekiwana premiera września w Polsce - bawi i przestrasza. Enen Feliksa Falka umie przykuć uwagę widza. Przy obu tytułach pojawiają się jednak pewne "ale", które nie pozwalają ich chwalić z czystym sercem.
Prześmiewcza wersja wydarzeń II wojny światowej z grupą amerykańskich Żydów bezlitośnie skalpujących nazistów, błyskotliwym i piekielnie inteligentnym niemieckim pułkownikiem, piękną Żydówką, właścicielką paryskiego kina, okraszona Hitlerem ginącym podczas premiery propagandowej szmiry Duma narodu ma w sobie wszystko co kochamy w Tarantino, ale nic z niej zbytnio nie wynika. Filmoznawca z przyjemnością zabawi się w wyłapywanie motywów z kina noir, spaghetti westernu czy francuskiego kryminału. Nawet laik dostrzeże fascynację reżysera celuloidowym światem. Fascynację tak wielką, że poza nią nie istnieje żadna inna przestrzeń, z którą mogłaby ona konkurować. Kino odnosi pełne zwycięstwo nad historią. Doceniam w tej zabawie to, co błyskotliwe (np. epizod w "piwnicy, która ma ten minus, że źle się w niej walczy, bo po pierwsze jest piwnicą i źle się w niej walczy"), krytykuję to, co mniej sprawne (przeszarżowana postać pułkownika Landa), ale na dłuższą metę nudzą Jacka takie sprawy...

Z kolei Enen Feliksa Falka ma w sobie zadatki na świetny film, ale nie w pełni je wykorzystuje. Pomimo, że sam reżyser odżegnuje się od jakichkolwiek powinowactw z kinem moralnego niepokoju, główną zaletą Enena zdają się być właśnie te związki. Bohater, młody idealista (w tej roli znakomity Borys Szyc w oldskulowej fryzurze) staje przed wyborem etycznym, stara się dociec za wszelką cenę prawdy o anonimowym pacjencie, zamkniętym na jego oddziale od 20 lat, przy okazji ryzyjując dobrem swojego życia osobistego i zawodowego. W czasie śledztwa odkrywa ślady prowadzące do prominentnych przedstawicieli świata prawa i medycyny. Finał zaś okazuje się być bardzo przwrotny. Jednak wszystkie pozytywne elementy filmu zakłócają zgrzyty, które mogłyby zostać wyeliminowane na poziomie scenariusza. Banalność postaci drugoplanowych, tendencja do wyjaśniania akcji za pomocą dialogów, zawieszone z niewyjaśnionych przyczyn tropy. Trochę dobre, trochę średnie, z przewagą tego pierwszego.

I na koniec "dzieło", które zamieszczam tu tylko z obowiązku archiwizowania moich filmowych lektur, który przyświeca temu blogowi. A mianowicie koszmar każdego krytyka, czyli Il ragazzo di campagna. Obraz ten, na szczęście, nie wszedł i raczej nigdy nie wejdzie na polskie ekrany, chyba, że jakaś zdesperowana telewizja prywatna otrzyma go za darmo w pakiecie filmów-śmieci. Niskobudżetowa komedia włoska z 1984 roku z charakterystycznym dla swojej klasy utworów nagromadzeniem nieudolności i absurdów. Film, który mimo wszystko cieszy się pewną popularnością w swoim kraju, gdyż został mi polecony przez koleżankę, znającą z autopsji przejawy kultury popularnej na Półwyspie Apenińskim. Występująca w nim dwójka komików - Renato Pozzetto i Massimo Boldi- do dziś związani są z włoskim przemysłem rozrywkowym, produkującym co roku niesamowitą ilość bzdurnych komedii wakacyjno- bożonarodzeniowych, tzw. "cinepanettoni" (od "panettone" - świątecznego ciasta). Czego nie można powiedzieć o reżyserach tego przedsięwzięcia, których gwiazda zgasła gdzieś w połowie lat '90.
Dobra, dość tego jechania po filmach. Tak naprawdę to nawet w Il ragazzo di campagna było kilka śmiesznych gagów - np. zamarznięty dom na wsi z pingwinem w szafie czy parodia małego acz funkcjonalnego mieszkanka w nowoczenym bloku. Więc może skończę tym optymistycznym akcentem, a od jutra już tylko klasyka.

Bękarty wojny (Inglourious Basterds) 2009 USA
reż. Quentin Tarantino
wyst. Brad Pitt, Christopher Waltz, Melanie Laurent, Diane Kruger, Till Schweiger, Daniel Bruhl

Enen (2009)
reż. Feliks Falk
scen. Feliks Falk
wyst. Borys Szyc, Grzegorz Wolf, Grzegorz Kwiecień, Magdalena Walach

Il ragazzo di campagna 1984 Włochy
reż. Pipolo, Franco Castellano
wyst. Renato Pozzetto, Massimo Boldi

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

maska Generała

Tygodniowa przerwa w projekcjach spowodowana była wyższą koniecznością rozpoczęcia przygotowań do zbliżającej się sesji, podczas której czeka mnie wątpliwa przyjemność wykazania się wysokim stopniem znajomości włoskiego i francuskiego. O proszę, tak dużo tłumaczę obecnie tekstów specjalistycznych, że nawet nie umiem ułożyć jednego zdania, które nie byłoby podrzędnie złożone. Tymczasem dzisiaj postanowiłam odetchnąć nieco od kodeksów cywilnych i concordance du temps, oglądając film, do którego przymierzałam się od dłuższego czasu - Generała della Rovere, późnego - i w sumie ostatniego ważnego- dzieła Roberto Rosselliniego, ze świetną tytułową kreacją De Siki.
Niestety, jest to dzieło nierówne, rozpadające się na dwie części i tracące z czasem początkowe tempo. Rossellini wykorzystał w nim fragmenty dokumentów z II wojny światowej, lecz zdecydowana wiekszość zdjęć rozgrywa się we wnętrzach. Paradoks historii chciał, że, podczas gdy w tym samym czasie na paryskiej ulicy pojawili się słynni panowie z kamerami, to we Włoszech ojcowie neorealizmu zamykali się w studio...
Jednak pomimo pewnych mankamentów formalnych, film jest zdecydowanie godny polecenia. Przede wszystkim ze względu na Vittorio, którego obecność nadaje masę dodatkowych, wykraczających poza diegezę filmu, znaczeń. Jego Generał Della Rovere jest wielopłaszczyznowym tworem, szczelnie ukrywającym swoją tożsamość. Tym samym punkt ciężkości filmu przesuwa się z typowych neorealistycznych zagadnień (ruch oporu, okupacja nazistowska) w obszary modernistycznej problematyki gry masek, mieszania się fikcji z rzeczywistością, patosu z tragizmem. Mamy też oczywiście ulubioną tematykę Rosseliniego, czyli karę, winę, pokutę i odkupienie, ale nie ona jest tu najciekawsza.
Pierwowzór postaci Giovanniego Bertone alias Generał Giovanni Bracciaforte Della Rovere istniał naprawdę. Dezerter z oddziału kawalerii, nałogowy hazardzista, bigamista i oszust, którego źródło utrzymania polegało na przekazywaniu rodzinom aresztowanych przez nazistów więźniów mniej lub bardziej rzetelnych informacji. Zdemaskowany przez Niemców, zgodził się pójść na współpracę, polegającą na udawaniu legendarnego opozycjonisty, Generała Della Rovere, który w rzeczywistości został przypadkowo zastrzelony, ale naziści pragnęli wykorzystać jego sławę, by skutecznie rozbić ruch oporu na północy Włoch. Bertone, początkowo traktujący to zadanie jako kolejną maskaradę, z czasem zaczął utożsamiać się z nieżyjącym generałem i postanowił zagrać tę rolę swojego życia, aż do końca...
Jego historię opisał w jednym ze swoich reportaży Indro Montanelli, późniejszy współscenarzysta filmu. Rosselliniego zafascynowała niejednoznaczność postaci Bertone-Rovere, mechanizmy, które popychały go do ciągłego tworzenia fikcyjnej rzeczywistości, dziwne zrządzenia losu, tworzące z łotrów bohaterów, a z bohaterów przypadkowe ofiary.
De Sica również znalazł w Generale Della Rovere rolę swojego życia. Tajemnicą poliszynela w Cineccita był fakt, iż sam oddawał się zawzięcie hazardowi (ponoć potrafił uciekać z planu samolotem w nocy do Monte Carlo, by wrócić do pracy nazajutrz ranem - co rzecz jasna kosztowało go fortunę i wciąż tonął w długach) oraz żył z dwiema kobietami - oficjalną żoną i wieloletnią kochanką Marią Mercader.
Był ponadto znakomitym aktorem, który rozmieniał swój talent na drobne, biorąc udział w rozmaitych miernych produkcjach, wybitnym reżyserem, kręcącym błahostki na zlecenie Pontiego. Był czarującym, uwodzicielskim artystą, który pod koniec życia z goryczą wypowiadał się na temat swojej kariery. Włosi kochali Vittorio, bo był tak samo ułomny, jak każdy z nich, a jednocześnie wspiął się na szczyty kariery, o której potajemnie każdy z nich marzył.
Śmieszno-tragiczna postać Generała przypomina bohaterów dramatów Pirandella, którym fikcja służyła za parwan przed absurdalną rzeczywistośią, a gra pozorów wydawała się jedynym możliwym rozwiązaniem.
Kim tak naprawdę był Vittorio De Sica? To oczywiście źle sformułowane pytanie. Powinno ono brzmieć: którą ze swoich masek nosił najchętniej?

Generał Della Rovere (Il Generale Della Rovere) 1959
reż Roberto Rossellini
wyst. Vittorio De Sica, Sandra Milo, Hannes Messmer

niedziela, 16 sierpnia 2009

memento mori

Oto epitafia kamedułów pochowanych w katakumbach pod prezbiterium kościoła na Bielanach. Zmarłych zakonników kładzie się w niszach znajdujących się za tą ścianą, by po stu latach przenieść ich kości do wspólnego grobu w innej części kościoła i zrobić miejsca na następne zwłoki. I tak od początku XVII wieku do dzisiaj kultuwuje się tę uroczą tradycję.
W ogóle kameduli to, jak przystało na eremitów, wyjątkowo przywiązany do tradycji zakon. Codzienne życie na Bielanach niewiele różni się od tego przed wiekami. Tak jak kiedyś, rozpoczynają dzień o 3:30 w nocy, siedem razy na dobę zbierają się na wspólne modlitwy, w międzyczasie modlą się w samotności, kontemplują, uprawiają ogród dookoła klasztoru i tym podobne rzeczy - wszystko w milczeniu. W eremie nie ma radia, tv, komputera, jest zakaz odwiedzin ze strony rodziny, a kobiety mają wstęp na ten teren tylko 12 razy do roku - właśnie między innymi wczoraj, piętnastego sierpnia, w święto Matki Boskiej Zielnej, kiedy to również na warszawskim Bemowie odbył się koncert czcicielki szatana - Madonny.
A teraz zagadka, a w zasadzie dwie:
1. Kto jest najsłynniejszym polskim filmowym kamedułą?
2. Jaki inny zakon ma podobną regułę i w jakim filmie możemy go lepiej poznać?
Podpowiedzi:
http://www.youtube.com/watch?v=CagqwlspMRA&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=tZMayZ0xNTY

czwartek, 13 sierpnia 2009

A jednak De Sica...



No i nadszedł najwyższy moment, w którym wypadało się zabrać na poważnie do wakacyjnego zadania zbadania twórczości mojego ukochanego włoskiego reżysera, czyli Vittorio de Siki. I żeby było jasne - to uwielbienie nie jest ani ślepe ani bezgraniczne. Zdaję sobie sprawę z masy złych filmów, które w swoim życiu ten namiętny hazardzista popełnił. Ale mu je wielkodusznie wybaczam, bo nikt lepiej od niego nie uosabia włoskiego kina, jego najgorszych wad i najlepszych zalet. A oto młodziutki Vittorio jako amant z 1932 roku w swoim pierwszym wielkim hicie Mężczyźni, cóż za łajdacy (reż. Mario Camerini), tańczący i śpiewający piosenkę, która okazała się przebojem Parlami d'amore, Mariu: http://www.youtube.com/watch?v=Cmbj9dghLo4&feature=related


Kiedy jako aktor uzyskał status gwiazdy, postanowił zabrać się za reżyserię. Początkowo niewiele zapowiadało, iż będziemy mieć do czynienia z przyszłym twórcą Złodziei rowerów. Wczesne filmy De Siki to pełne przebieranek i humoru sytuacyjnego komedie pomyłek. Bardzo zręcznie napisane, wirtuozersko zagrane, po prostu śmieszne. Przypominają screwball czy sophisticated comedy najlepszego gatunku. No ale dla fanów prawdy ekranu, autentyzmu tu jak na lekarstwo. To co uderza od samego początku, to fascynacja Vittoria okresem dojrzewania, zderzania się dzieci i młodych ludzi z życiem, rodzeniem się kobiecości. W Magdalenie, dwója ze sprawowania tworzy postać rezolutnej licealistki, świadomej czego chce i konsekwentnie dążącej do celu. Teresa Venerdi to z kolei piękna sierota (stąd nazwisko Teresa Piątek - od dnia znalezienia się jej w domu dziecka), która odmienia życie pediatry-dekadenta, granego z dezynwolturą przez samego Vittorio. W tym ostatnim filmie uroczą wprost rolę drugoplanową kapryśnej gwiazdy rewiowej odtwarza przyszła Mamma Roma, skądinąd koleżanka z trudnych lat młodości reżysera, gdy razem zaczynali karierę w neapolitańskich teatrach varieté. Gag żwawo gna za gagiem, choć kamera niemal w ogóle nie wychodzi w plener. No i jak na rok 1940 to zaskakująco tu wiele beztroski i optymizmu, ale w takie rejony chroniło się włoskie kino przed propagandą faszystowską. Warto też dla ciekawości policzyć ile razy bohaterowie używają bardzo popularnego w ówczesnej kinematografii gadżetu, czyli telefonu… Raz nawet, w istocie, ma biały kolor.


Dwa późniejsze filmy: Garybaldczyk w klasztorze i Dzieci na nas patrzą mają już nieco inny charakter. Artystycznie niezbyt udany (ale za to prywatnie bardzo owocny, zważywszy na to, że na jego planie De Sica poznał swoją przyszłą żonę, Marię Mercader) Garybaldczyk jest dziwacznym melanżem melodramatu, komedii, filmu szkolnego, historii z okresu Risorgimento z elementami westernuJ Zestarzał się znacznie bardziej niż kolejny obraz: Dzieci na nas patrzą, w którym wielu krytyków upatruje pierwszych zwiastunów realistycznego sposobu opowiadania. Pojawia się w nim temat bliski całej późniejszej twórczości De Siki, czyli los dzieci, obserwujących absurdalną rzeczywistość dorosłych. Odważnie poruszony problem rozpadu rodziny, opowiedziany z punktu widzenia małego chłopca, posiada niemały ładunek emocjonalny – znak rozpoznawczy najlepszych dzieł Vittoria. I Bambini ci guardano otwierają szereg jego neorealistycznych arcydzieł. Dla mnie jednak największym dotychczasowym odkryciem pozostają jego wczesne komedie - lekkie, dowcipne, a w dodatku jeszcze z nim samym w roli głównej…..


Magdaleno, dwója ze sprawowania (Maddalena, zero in condotta)1940
reż.
Vittorio De Sica
wyst. Carla Del Poggio, Vittorio De Sica

Teresa Venerdi 1941
reż. Vittorio De Sica
wyst. Adriana Benetti, Vittorio De Sica, Anna Magnani

Garybaldczyk w klasztorze (Un Garibaldino al convento) 1942
reż. Vittorio De Sica
wyst. Carla Del Poggio, Maria Mercader

Dzieci na nas patrzą (I bambini ci guardano) 1944
reż Vittorio De Sica
wyst.
Luciano de Ambrosis, Isa Pola

piątek, 7 sierpnia 2009

Nieznośna lekkość cierpienia


Za mną kolejna rozmowa o pracę, na które chodzę bez większego przekonania, bo każda oferta ma więcej mankamentów niż plusów. Może dlatego oddycham z ulgą, gdy okazuje się, że jednak nie odpowiadam wyobrażeniom przyszłego pracodawcy....

W każdym razie niewątpliwie daleko mi do pozycji zawodowej, którą posiada Pietro Paladini, główny bohater Caos calmo (polski tytuł Spokojny chaos), grany skądinąd przez Nanniego Morettii. Jest on bliżej niesprecyzowaną szychą w międzynarodowej wytwórni filmowej. Na tyle dużą, że gdy po nagłej śmierci żony, zamiast iść do biura, rozsiada się na ławce przed szkołą córki i już się stamtąd nie rusza, to nikt go z tej pracy nie wyrzuca, a co więcej, wszyscy zaczynają do niego pielgrzymować. On tymczasem przygląda się swojemu dotychczasowemu życiu z nowej perpektywy i to, co dostrzega wcale go nie zachwyca. Szarpaniny bossów w firmie, konferencje prasowe brata, znanego producenta dżinsów, festiwale filmowe - wszystko to z dnia na dzień traci na znaczeniu. A wagi nabierają małe codzienne rytuały, córka, która macha do niego z okna szkoły na przerwie, uśmiechy wymieniane z piękną dziewczyną, wyprowadzającą każdego dnia swojego psa. Ile razy widzieliśmy już podobną historię? O zabieganym szefie, który pod wpływem wstrząsu odkrywa smak zwykłego życia. Pewnie niejednokrotnie.

Jednak prostota tego filmu jest tylko pozorna. Chaos i spokój, których główny bohater doświadcza jednocześnie, wprowadzają nas w niemałe zakłopotanie. Czy naprawdę cierpi po śmierci żony, czy tylko cierpi, że nie cierpi? Czy czas spędzony przed szkołą to dla niego okres autorefleksji, czy zwykła obawa przed konfrontacją z przyszłością? Co czuje do pięknej nieznajomej, której ratował życie, dokładnie wtedy, gdy ginęła jego żona?

I topi non avevano nipoti - powtarza córka Paladiniego, zachwycona grą słów, które zachowują to samo brzemienie czytane zarówno od przodu jak i od tyłu. Jednak nawet ona rozumie, że palindromy, istnieją jedynie na papierze. W życiu czas płynie linearnie, nieodwracalnie. Lekkość uniemożliwa nam ferowanie jakichkolwiek wyroków, jak można potępiać coś co przemija?- pisał Milan Kundera. Caos calmo to opowieść o godzeniu się z nieznośną lekkością cierpienia i szukania siły by mimo wszystko wstać z ławki i iść dalej.